środa, 31 grudnia 2014

Postanowienia noworoczne?

Postanowienia noworoczne? Tak, mam jedno. Postanawiam że już nic nie będę postanawiać!
Właśnie kończy się 2014 rok, za godzinkę zacznie się kolejny a ja dochodzę do wniosku że jestem szczęściarą. Tym razem moje szczęście polega na tym że zamiast rozpamiętywać ja patrzę w przyszłość. Myślę o nowym, przyszłym... o tym co się wydarzy, co mnie czeka i co mam osiągnąć. Jedyne co rozpamiętuję to moja mała obsesja. Rozpamiętuję i śmieję się sama do siebie bo dziś miałam dobry dzień. Bo dziś było jak dawniej. Kupa śmiechu i dobra zabawa.
A teraz w tą magiczną noc kiedy stare się kończy a zaczyna nowe biorę kieliszek z szampanem w rękę i próbuję wyobrazić sobie dokąd to wszystko zmierza. Ja prawdopodobnie zaraz podążę do łóżka ale zanim to nastąpi chcę życzyć wszystkim mrukom więcej optymizmu, wyrozumiałości i spontaniczności. Życie nie polega na ustawianiu wszystkiego wg wytycznych a na dobrej zabawie i szaleństwie na spełnianiu marzeń i byciu szczęśliwym.




wtorek, 30 grudnia 2014

Psuję się

Nie wiem co się dzieje ze mną, chyba się psuję. Cera matowa, pryszczata, waga osiągnęła już górny pułap, badań wolę nie robić bo wiem co mi tam wyjdzie. Stres mnie wykańcza. Próby wzięcia na luz powodują chandrę, brak energii do działania. Potrzebuję wyzwań, potrzebuję czuć się piękna, pożądana i zachwycająca. Mam już plan i mam nadzieję że tym razem dam radę osiągnąć swój cel.

Wiąże to się też z moim poprzednim postem. Chyba zacznę nazywać sprawy po imieniu. Obsesja. Tak, to jest już chyba moja obsesja. Dopóki nie osiągnę celu będę walczyć, dążyć i zdobywać. Bo ja wole gonić króliczka (lub innego zwierza :) ) niż złapać króliczka.

A teraz serio... kończy się rok a ja nie będę robiła podsumowań. Cieszę się tylko ze ten 2014 rok był o niebo lepszy od 2013. Tylu nieszczęść, których byłam światkiem, które spotkały bliskie mi osoby dawno nie widziałam. Moje własne, prywatne nieszczęścia wydają mi się już malutkie. Jak dobrze pójdzie to w 2015 roku osiągnąć sukces. Jak toksyczny współpracownik mnie nie zarazi swoim narzekaniem to może mi się uda.

Na koniec moja obsesja... widziałam ją, przyglądałam się a ona przyglądała się mi. Patrzenie jest teraz jedyną opcją.


poniedziałek, 29 grudnia 2014

Nosi mnie

Zawsze ale to zawsze miałam ręce pełne roboty. Kilka etatów, głównie pomagałam innym, jakiś organizacje lub prace społeczne. Teraz przy dzieciach nie mam aż tyle czasu i wiem że nie mogę się angażować na stałe bo coś mi może zawsze nagle wyskoczyć i muszę wszystko rzucić.
Z tego własnie powodu zawiesiłam swoje wszystkie zadania. Za to na horyzoncie pojawiło mi się pewne wyzwanie. Chciałabym to zdobyć, osiągnąć ale wiem że nie będzie to łatwe i pożytku nie przyniesie :) taki zakazany owoc!
Nie wiem jak się za to zabrać, od której strony. Znane są sposoby na zagłaskanie kotka, ale tego chciałabym uniknąć. Metoda unikania może być skuteczna ale w doprowadzeniu do uniknięcia zdobycia tego co chcę. Więc co mam zrobić?
Warunki czyli otoczenie mi również nie sprzyja, płoszy moją zdobycz. Muszę więc chyba zacząć z innej strony. Bo jak nie drzwiami to oknem.



niedziela, 28 grudnia 2014

Urlop od codzienności

Czy można wziąć urlop od codziennych obowiązków, od dzieci, męża, zobowiązań, codziennych czynności, rutyny? Tam mi tego potrzeba...
Mam już dosyć...
Chciałabym zmienić otoczenie, pobyć z ludźmi, których jeszcze nie udało mi się do końca poznać, których lubię, których mi teraz brakuje. Wyluzować się, tak , chciałbym się wyluzować. Pojechałabym gdziekolwiek z przyjaciółmi, bez zobowiązań, bez problemów. Zabawiłabym się, zresetowała, naładowała akumulatorki, zapomniała o wszystkim.
Jutro po kilku dniach przerwy wracam do pracy. Denerwuję się bo czeka mnie dużo pracy, stres. Wolałabym pogadać, pośmiać się i wrzucić na luz. Pojutrze jest spotkanie "wigilijna", nie chcę tam iść, nie chcę się sztucznie szczerzyć, uśmiechać i potakiwać jak jest fajnie. Męczy mnie sama myśl o tym. Wolałabym pójść z kilkoma osobami na piwo, soczek czy cokolwiek. A najbardziej chciałabym... nie powiem co bym chciała i z kim, bo zawsze twierdziłam ze chcieć to móc a teraz wydaje i się bardziej że krowa która dużo ryczy mało mleka daje.

poniedziałek, 22 grudnia 2014

Dobry duch czy szczęście w nieszczęściu

Czasami mam wrażenie że to co chciałabym żeby się wydarzyło poprostu się dzieje, a może zawsze opowiadam o tym właściwej osobie... Nie wiem sama, pewnie nigdy się nie dowiem. Ale będę się trzymała tej drugiej wersji bo zwyczajnie jest to miłe.
Zdarzyło ci się kiedyś opowiedzieć o czymś a potem wszystko dzieje się po twojej myśli? Wiesz że ta osoba mogła  maczać w tym palce ale nie masz takiej pewności? Proste pytanie zadane tej osobie może nie przynieść odpowiedzi, może tej odpowiedzi nie chcę znać albo może ta osoba nie będzie się chciała przyznać. Tak czy inaczej jest to cholernie miłe, budujące i dające wiarę w ludzi.
Sama chciałabym się odwdzięczyć tym samym, ale jestem czasami jak przysłowiowy słoń w składzie porcelany, jestem zbyt bezpośrednia i źle na tym wychodzę. Nie potrafię przemilczeć, nie potrafię być dyskretna a raczej jestem nieśmiała i bojaźliwa a tylko w najmniej odpowiednich momentach walę prosto z mostu.
Ale ja chciałam nie o tym :) (jak zwykle zresztą)

Dziś jest dzień dobrych wiadomości z ale...
Po pierwsze - przedłużyli mi umowę... ale nie dali podwyżki... ale na krótko...
Po drugie - dziecię moje miało dziś egzamin, zdało rewelacyjnie... ale że jest to egzamin sportowy będzie mnie to drogo kosztowało.
Tak więc moja radość jest niepewna. Nie wiem czy mam się cieszyć czy martwić.

Nic to, cieszyć się będę z tego że mam przyjaciół, którzy są dla mnie bardzo wyrozumiali :)




piątek, 12 grudnia 2014

O naiwności

Moja naiwność nie zna granic. Czasami łapię się na tym ze ufam ludziom. Jak ktoś mi coś mówi patrząc w oczy to zakładam iż mówi prawdę. Jeśli o coś prosi to robi to dlatego że czegoś potrzebuje. Jeśli ktoś ... ech szkoda gadać. Mam jakiegoś doła.
Jeśli z kimś rozmawiam to zawsze mówię szczerze, mówię jak jest. Nie potrafię upiększać, koloryzować czy wygładzać. Jak mam coś wyjaśnić to to robię.
Swoim szczęściem dzielę się ze światem, a to już chyba mój największy błąd...
Już beczę....
Wszystko idzie nie tak, ostatni często kłócę się z mężem. Nie możemy dość do porozumienia. Każde z nas ma inne oczekiwania od drugiej osoby. A może poprostu oboje jesteśmy przemęczeni.
Marzy mi się chwila samotności, ciszy i spokoju. Muszę gdzieś naładować bateryjki ale wiem że w tym roku to mi się nie uda.
Za dużo zajęć za dużo obowiązków na siebie biorę. Chcę żeby wszystko wyszło idealnie a wychodzi jak zwykle. Poza tym sytuacja w pracy nie ułatwia mi sprawy.Siedzę jak na bombie zegarowej. Ciągle wytykają mi błędy. Mam wrażenie że niczego dobrze nie robię.
Jak nic idzie się załamać.






poniedziałek, 8 grudnia 2014

Jak kłócić się z mężem

Dziś po raz pierwszy od niepamiętnych czasów pokłóciłam się z mężem. Zdarzają nam się drobne sprzeczki, które tak szybko się kończą jak zaczynają. Najczęściej ja jestem ich zapalnikiem a mąż nie przywiązuje do nich zbytniej uwagi.
Tym razem było inaczej. Tym razem problem okazał się niemały bo mówiąc krótko nie mieliśmy z kom zostawić chorego dziecka. Ja zostać w domu nie mogę bo muszę iść do pracy. On zostać w domu nie może bo musi iść do pracy. Dodatkowym moim problemem jest kończąca się umowa o pracę.
Ja nie mogę wziąć wolnego bo:
- kończy mi się umowa i jednak powinnam  być w pracy, wykonywać swoje zadania a nie zostawić wszystko dla zastępcy który i tak moje rzeczy zawali.
- mamy do wykonania zadania na już, czyli trzeba to zrobić nieważne czy jesteś w pracy czy cię nie ma
- mam rozgrzebane rzeczy których zawalenie grozi poważnymi konsekwencjami.
- to czego nie zrobię w pracy i tak będę musiała zrobić
On nie może wziąć wolnego bo:
- on zawsze bierze i zostaje z chorym dzieckiem
- czasami coś musi w pracy zrobić w czym jest niezastąpiony.
Nie umniejszam powagi jego pracy ale taka jest prawda, sam to potwierdził. Więc ręce mi opadają jak kłóci się ze mną o to kto ma zostać z dzieckiem.
Ok, zgodziła się że od stycznia to ja będę chodzić do lekarza, zostawać będę w domu i zajmę się wszystkimi domowymi obowiązkami. Jak to zrobię? Zwyczajnie nie przedłużę umowy, zrezygnuję z pracy, poddam się, odpuszczę....
Na to jednak mój wspaniałomyślny mąż się nie zgadza, zgodził się na zostawanie z dzieckiem, na urlopy i zwolnienia w nagłych przypadkach. Mam nadzieję że o tym nie zapomni przy kolejnym przeziębieniu.


sobota, 6 grudnia 2014

Dorosłe dzieci

Nazbierało się tematów oj nazbierało. Sama nie wiem o czym dziś napisać. Zacznę więc może od ostatniej sprawy, która ciągle jest na tapecie. Chodzi o znajomych, małżeństwo z dzieciakami, którym przestało się układać. Wspominałam o nich jakiś czas temu.
Najpierw poznałam jego wersję. Ona jest leniwa, całe dnie spędza przed komputerem robiąc zakupy i śledząc FB. Nie ma pracy, nie szuka (jego zdaniem). Ciągle narzeka i wydaje pieniądze. Siedząc całymi dniami w domu powinna się wszystkim zajmować. On pracuje, jest zmęczony a po powrocie do domu chce odpocząć. Obiad powinien na niego czekać a ona powinna dopilnować żeby dzieciaki nie właziły mu na głowę.
Dziś poznałam jej wersję, dodałam do tego własną opinię na jego temat. On nie zajmuje się niczym w domu. Na nią spadają wszystkie obowiązki domowe i dzieci. On nią manipuluje bo jest słaba psychicznie i zawsze ustępuje.
Moje zdanie na jego temat zawsze było takie same (czasami tylko wyrażałam je łagodniej): powinien się cieszyć że ma taką żonę, która dba o wszystko i pomaga mu jak tylko może. Jest rozpieszczonym dupkiem, który zachowuje się jak dzieciak. Nie ma pojęcia co to rodzina. Ja bym już dawno mu wystawiła walizki za próg bo żonę traktuje jak służącą, bezwartościową pomoc domową, która ma wszystko wokół niego zrobić.
Z drugiej strony ona powinna mieć w nim wsparcie i w końcu wziąć się za siebie. Znaleźć na złość mu pracę, zostawiać z nim dzieciaki i pokazać że ma też swoje zdanie.
W sumie doszłam dziś do wniosku że nie wiem jak im pomóc. Oboje są dzieciakami którzy myślą tylko o własnych przyjemnościach, on nie ma poczucia obowiązku ona zaś nie ma kręgosłupa.

Ona zapytała mnie co by się stało gdyby zabrała dzieciaki i wyprowadziłaby. Nic by się nie stało! Nic by to nie zmieniło! On miałby spokój, ona dalej zajmowałaby się dziećmi. On nie poczułby się w obowiązku aby walczyć o związek, ona sama sama tez nic nie zrobi bo nie ma przebicia. Dla niego byłoby to na rękę bo nikt nie trułby mu nad głową. ona dalej siedziałaby w domu z dzieciakami i na FB. Tyle!

Swoją droga dało mi to też do myślenia. Doszłam do wniosku że mam szczęście. My z mężem mamy skrajnie różne charaktery, ale każde z nas uzupełnia tą drugą osobę. Jesteśmy oboje szczęściarzami. O tym ile zawdzięczam mężowi i co on dzięki temu zyskuje opowiem następnym razem.


piątek, 5 grudnia 2014

Weekendowy relaks

Właśnie rozpoczęłam mój weekend.
Nie pamiętam kiedy ostatnio sama byłam w domu. Teraz wsłuchuję się w ciszę, próbuję przypomnieć sobie jak ona brzmi. Czuję jak stres po całym tygodniu odpływa ze mnie.
Lampka wina i dobra książka. Nic mi więcej do szczęścia w tej chwili nie trzeba.

środa, 3 grudnia 2014

Pozory mylą

Wiele osób poznając mnie ma wrażenie że jestem osobą o silnym charakterze, którą nie jest łatwo złamać. Niestety te osoby nie wiedzą ile mnie czasami to kosztuje....


niedziela, 30 listopada 2014

Stres

Qrcze, przejmuję się, denerwuję i przejmuję. Nie mam planu, nie mam sposobu i nie wiem co mam robić. Jak ja nienawidzę nie mieć kontroli nad sobą i nad swoim życiem. Nienawidzę nie mieć planu awaryjnego.
Kiedyś myślałam że znajdę sobie stałą spokojną prace i będe sobie spokojnie pracować, bez wyzwań, bez stresu, bez niepotrzebnego wychylania się. I co? I chyba tak nie umiem. Mojej pracy daleko do spokojności. Nie wiem co mam robić.
Poza tym na okrągło słyszę jaka beznadziejna jestem. Może faktycznie rzucić to w cholerę?


Szczerze mówiąc to nie wierzę w ta moją beznadziejność. Znam swoją wartość i sumienie mam czyste. Daję z \siebie wszystko. Robię więcej niż pozostali. Może nie ogarniam jeszcze wszystkich procedur, może wykorzystuję ludzi i sytuacje, ale jakoś sobie radzić muszę.

Qrcze beznadziejna jestem :(

Właśnie znalazłam fajny obrazek. Oby się sprawdził


sobota, 29 listopada 2014

Nic dobrze nie robię

Czasami się zastanawiam czy ja naprawdę jestem taka beznadziejna? Podobno przyjaciel to osoba która potrafi szczerze powiedzieć prawdę patrząc w oczy. Mam takiego przyjaciela (który przypomina sobie o tym faktycznie w trudnych sytuacjach), który bez ogródek  potrafi mi wytknąć wszelkie moje braki. OK, zgadza się, nie jestem ideałem, nigdy za taką siebie nie uważałam. Wiele mi brakuje, umiejętności, wiedzy.. brakuje mi systematyczności, cierpliwości... brakuje sił, chęci i możliwości. Mam swoje ograniczenia, jestem leniwa, nerwowa, impulsywna, gadatliwa, roztrzepana... mogę wymieniać tak godzinami. 
Ale do cholery czy ja nic nigdy dobrze nie robię? Czy ja nie zasłużyłam na jakiekolwiek dobre słowo. Czy wszystko co robię jest złe, niedobre, nieodpowiednie i źle zrobione? Czy ja zawsze muszę być ta najgorsza? 
W tym całym moim chaosie w pracy nie jestem w stanie ogarnąć wszystkiego. Co tydzień praktycznie zmieniam sposób podejścia do zadań, zmieniam priorytety bo wciąż szukam jakiegoś sposobu żeby wszystko ogarnąć. Staram się robić wszystko jak najlepiej ale praca na czas mi nie i sprzyja. Często nie zwracam uwagi na szczegóły i robię proste, prozaiczne błędy. 
Mało tego... bolączką mojej pracy (a właściwie pracowników, przełożonych) jest to że nigdy jeszcze nei słyszałam aby ktoś kogoś pochwalił. Mało tego. Wszyscy mówią i narzekają że tutaj usłyszysz tylko co źle robisz a nawet jak zrobisz coś dobrze to ci spod ziemi wyciągną to co jest źle zrobione aby tylko udupić. Słysze to często, wszyscy narzekają. Ale między sobą, między równorzędnymi pracownikami jest dokładnie tak samo. 
Wrrr... znowu się zdenerwowałam.  




wtorek, 25 listopada 2014

Miało być tak pięknie a wyszło jak zwykle

Praca wre, a właściwie idą zmiany. Postanowiłam usystematyzować moje wszystkie projekty, które rozpoczęłam, w które się zaangażowałam.

Zacznę od pogawędek przy kawie. Tak więc pogawędek nigdy nie było. Owszem był plan, były wspólne założenia ale realizacja była jak zwykle jednostronna. Wczoraj dostałam wiadomość: usuń mnie z listy autorów bo mi mi to przeszkadza. Hmmm czego mogłam się spodziewać? Powinnam się przyzwyczaić. Skoro zaczęło się od wymówek to przecież nie mogło się skończyć się inaczej. Zawsze jest tak samo. Dotyczy to dużych spraw i małych. 
Tak więc powinnam teraz zmienić wpis "o nas" na "o mnie". Pewnie to za chwilę zrobię.
Pewnie powinnam potraktować to wszystko jako moją porażkę... wystawiłaś mnie chociaż miałyśmy wspólny plan i wspólne postanowienie. Nie wiem dlaczego zawsze to robisz? Pewnie i tak nigdy się nie dowiem.

Druga zmiana to drugi blog, który prowadzę. Tak, dzisiaj po czterech latach istnienia, napisaniu 435 postów, po zanotowaniu 1 175 038 odsłon blog zniknął z internetu. Mam nadzieję że wkrótce wróci w nowej odsłonie. Uporządkowany i leszy. 

Trzecia zmiana.... hmmm dwie wystarczą. O trzeciej zmianie napisze później. 
eM

PS. Podpis jest już chyba niepotrzebny, skoro jest jeden autor trudno się będzie pomylić. 


piątek, 21 listopada 2014

Niewyparzony język

Co ja mam zrobić? Mam niewyparzony język! Nie potrafię powstrzymać się od komentarzy przed swoim własnym przełożonym. Często przez to mam kłopoty. Niestety nigdy nie żałuję tego co powiedziałam, częściej że w ogóle się odzywałam. 
Jestem uszczypliwa, złośliwa i wszystko komentuję. Zawsze muszę mieć ostatnie słowo.
Muszę z tym skończyć, muszę jakoś się powstrzymać. Ale to często jest silniejsze ode mnie.
Chyba powinnam iść na jakąś terapię.
eM




czwartek, 20 listopada 2014

Było a jest - praca pracy nierówna

Dziś siedząc u Pana ACoJaMogę usłyszałam "Jest nowa praca!", to miał być dowcip bo ogólnie ciągle powtarzamy, że nie wyrabiamy się z zadaniami nakładanymi na nas. Od razu entuzjastycznie zareagowałam "Nowy etat dla mnie?". Tu mina Pana ACoJaMogę zrzedła, powiedział że to był sarkazm a ja na to że chciałam być dowcipna. Ogólnie dowcip mu nie wyszedł a ja rozpoczęłam temat kończącej mi się umowy.
Szczerze mówiąc nie chcę jej przedłużać ale nie mam wyjścia.

Ale miałam o czymś innym.
Na ostatnim szkoleniu zdziwienie wywołała informacja że jedynie 1/3 pracowników jest zestresowana w Polsce. Wszystkim zdawało się że będzie to bardziej 2/3 albo i więcej. Wracając do domu zastanawiałam się po co mi praca która wywołuje tak ogromny stres. Co gorsza stres ten wywołują przełożeni. (Dziś przekonałam się również że i koledzy). Teraz zaczęłam się zastanawiać nad różnicą między praca obecną a poprzednią. Wnioski nasuwają się same...



poprzednia praca
obecna praca
1. stres wywołany przez klientów                      
Spory ale do wytrzymania, z czasem rozmowę nawet z najtrudniejszym klientem traktowałam jako wyzwanie
żaden
2. stres wywołany przez przełożonych              
żaden
Ogromy
3. koledzy  
Jeden za wszystkich wszyscy za jednego, zawsze mogliśmy na siebie liczyć
Jak potrzebna jest pomoc kolegów nigdy nie ma. Jeśli prosisz o pomoc szybciej cię ze schodów zrzucą niż w czymś pomogą
4. wypłata
Średnia roczna taka sama
5. Dodatkowa kasa
brak
Fundusz socjalny
6. Czas wolny
Spotykaliśmy się po pracy na piwie, w kinie, na zajęciach sportowych, wieczorami i w weekendy. Do tej pory utrzymujemy kontakt i nadal możemy na siebie liczyć
Poza pracą… nie odbiera się telefonów, nie rozmawia, nie spotyka. Praca to praca, pracę kończymy o 16.
7. nadgodziny
Zostawaliśmy żeby pogadać, pomóc sobie nawzajem, podwieźć gdzieś kogoś, itd
Zostajemy aby dorównać innym w wykonanych zadaniach.
8. wyzwania
Uwielbialiśmy… zwłaszcza jak ktoś nam mówił że jest coś niemożliwe
Tu nawet jak coś jest proste do zrobienia współpracownicy mówią że jest niemożliwe. Nikt nie chce wyjść poza ramy. Tu nie ma wyzwań, które rozwijają, tu są wyzwania które blokują kreatywność i inwencję.
9. Kreatywność, możliwość rozwoju
Mieliśmy wolna rękę do działania, byleby zyski były
Duszona, tłamszona, dobre pomysły mają tylko przełożeni, nieważne kto je podsunął.


Przykłady? Proszę bardzo
1. W starej pracy doszło do tego że gdy ktoś popełnił błąd ja dzwoniłam do klienta a inni robili zakłady jaką wymówkę teraz podam i jak bardzo klient się ucieszy z mojego telefonu. (zabawne to było). W nowej pracy klient to nie problem, jasna oferta i decyzja tak czy nie. 
2. w starej pracy przełożony zajeżdżał do domów po swoich pracowników, w drodze rozmawialiśmy o wszystkim tylko nie o pracy. Nawet jak coś przeskrobaliśmy wspólnie szukaliśmy rozwiązań. Obecnie nasz bezpośredni przełożony gra w przeciwnej drużynie. Nie widziałam żeby stanął po naszej stronie, przyznał komuś rację czy obronił. Dowala, dokłada, wszelkie argumenty stawiane przez nas obala swoim stanowiskiem. Nie można porozmawiać konstruktywnie. (Niestety mam nawyki ze starej pracy i niewyparzony język).
3. Nie zapomnę reakcji swojej i pozostałych na wiadomość o rezygnacji z pracy przełożonego w starej pracy. Nie zapomnę rozmów w kuchni gdy omawialiśmy nasze działania by zmusić prezesów do zmiany decyzji przez którą chciał odejść przełożony. I nie zapomnę kłótni gdy zabronił nam jakichkolwiek działań. Jeden za wszystkich i wszyscy za jednego. 
Teraz brak słów. Teraz pasuje cytat z pewnej bajki = Jeden za wszystkich i wszystko jedno. Nie zapomnę gdy przyszedł klient, chciał poznać ofertę, z którą ja miałam problem a kolega z pokoju udawał że nie słyszy jak go pytam a jak chciałam poprosić o pomoc to wyszedł. Albo dziś gdy zadałam pytanie do osoby dedykowanej do pomocy nam w obsłudze systemu. Dowiedziałam się że zawsze wymyślam problemy, że wymagam od innych żeby robili to co ja powinnam, że marudzę i w ogóle jestem beznadziejna. 
8. Tego nie rozumiem. Do tej pory jak jak ktoś miał jakiś pomysł na usprawnienie pracy to mówił o nim, omawialiśmy i wspólnie robiliśmy wszystko aby sobie nawzajem pomóc. 
A teraz? Tego się nie da, A co ja mogę, to nowe wymaganie zgłoś się za pół roku, napisz maila...
9. Kiedyś mieliśmy wolną rękę, to my wspólnie decydowaliśmy o wszystkich działaniach zwiększających sprzedaż, rozwijaliśmy się. Nasze pomysły były akceptowane przez prezesów i przynosiły sukcesy.
Teraz nie daj boże coś wymyślę i trzeba będzie coś z tym zrobić. Koledzy wieszają na mnie psy bo przeze mnie mają dodatkową robotę. A jeszcze gorzej jak sprawa dotyczy innego działu, już nawet nie chcę o tym mówić. Jestem wrogiem publicznym numer jeden.

Wniosek nasuwa się sam....

eM

sobota, 15 listopada 2014

Odwaga

Byłam dziś w kinie na filmie "Bogowie". Jest to historia Zbigniewa Religii i transplantacji serca w Polsce. Nie będę opowiadać o filmie bo recenzje każdy sam może sobie poczytać.
Oglądając film pomyślałam o tym co determinuje sukces. Dzięki czemu człowiek osiąga wielkie rzeczy. Moim zdaniem jest to odwaga. Można mieć talent, można mieć zdolności, umiejętności, wiedzę, sprawność. Ale jeśli nie będziemy mieć ODWAGI nie osiągniemy nic. Zarówno w latach osiemdziesiątych jak i teraz siedząc cicho, robiąc swoje nie osiągniemy wiele. Na sukces trzeba się odważyć, zrobić pierwszy krok. Oczywiście później musimy zrobić wiele aby go osiągnąć, walczyć z sobą, z innymi, z systemem, brakiem pieniędzy, niechęcią innych. 
Mi kiedyś tej odwagi zabrakło. Stanęli mi na drodze ludzie, którzy skutecznie zniechęcili mnie do walki o osiągnięcie celu. Zabrakło mi również odwagi gdy wraz z koleżanką chciałyśmy otworzyć własną firmę. 
A teraz? Nie dążę do sukcesu, nie chcę nic odkryć czy zdobyć. Chwilowo nie mam ambitnego celu. Chwilowo moim celem jest wychować dzieci tak aby one osiągały wszystko to o czym marzą. Syn chce być architektem. Ekonomia też nie będzie dla niego tajemnicą. Już jest świetnym matematykiem i jednym z najlepszych uczniów w klasie. Brakuje mu tylko odwagi, jest strasznie wstydliwy, peszy się. Moim zadaniem jest sprawić by się otworzył na ludzi i umiał walczyć o swoje. 
Córce z kolei odwagi nie brakuje, ale w jej przypadku muszę pracować nad całokształtem bo jest jeszcze mała. 
Jeśli ja straciłam swoją szansę to zrobię wszystko aby moje dzieci ja  dostały. 

 eM

Kocham Moją Pracę

Uwielbiam ją! Mówiłam już o tym? Piątek był jednym z tych dni gdy poziom absurdu i oderwania od rzeczywistości dyrektora sięgną zenitu. Nie wiem jak pozostali ale ja bawiłam się świetnie. 
Po pierwsze nabrałam dystansu więc wszystko o czym mówią traktuję trochę z przymrożeniem oka. Bo jak inaczej można traktować pracę, w której na jednostkę składającą się z kilku osób przypada więcej "przełożonych" i osób zarządzających niż ta jednostka ich liczy. Ale to już przerabiałam w innej pracy :)
Wczoraj na spotkaniu zebrało się zacne grono wszystkich podwładnych Małej Mi. Akurat tego dnia miała ochotę omówić oferty świąteczne. Jest ich sześć, ale do tej pory dostaliśmy informację o czterech. Pierwsza... poszła gładko bo dotyczyła bardzo małego grona firm. Druga, poszło gorzej bo... z braku czasu nie mogliśmy się skontaktować z żadnym z klientów a decyzja o wzięciu przez nich udziału w akcji jest oczywista. Trzecia... poszło gładko bo jest hmmm... głupia i nie ma o czym mówić. Czwarta była najlepsza bo nikt z niej niewiele o niej wiedział. Ja wiedziałam tyle że mamy wysłać 50 maili chyba do poniedziałku. Próbowaliśmy ściemniać że wiemy o czym mowa i w sumie nie wiem czy Mała Mi nam uwierzyła :)
Dobra, wróciłam na swoje stanowisko, zabrałam się za wysyłania miali. Przygotowanie się do tego zajęło mi 2 godz bo plik stawiał opór i musiałam przeanalizować całą ta akcję, żeby dobrać klientów. Samo wysyłanie maili zajęło mi około 3 godz. Pracę ustawiłam sobie tak aby mieć wszystkie dane pod ręką i wysyłać maile na zasadzie kopiuj-wklej, tylko system był przeciążony i "wisiał" co chwila. Dla mnie jakoś szło. Ale najlepsze było to że po wysłaniu 47 maila przyszła informacja iż w prezentacji dla klienta jest błąd. Ktoś na 4 stronie pomylił cyferkę. Została ona poprawiona i mogliśmy wysyłać dalej. Rozbawiło mnie to bardzo. A jeszcze bardziej rozbawiło mnie to że na stronie 5 był ten sam błąd a nikt go nie zauważył i nie poprawił. 
Jak nie kochać tej pracy??
eM

czwartek, 13 listopada 2014

Szczęście kontra codzienność

Ostatnio zostałam zaskoczona, zawsze się dziwię jak słyszę takie rzeczy. Pary, które zawsze uznawałam za zgodne, szczęśliwe, brałam za przykład okazują się rozpadać. Nie wiem czy to jakaś moda, trend czy przypadek. Zdaję sobie sprawę że wspólne życie nigdy nie jest bajką. Dwoje dorosłych ludzi, które wychowało się w określonym środowisku, mają swoje nawyki, przyzwyczajenia i swoje życie raptem musi swoim życiem dzielić się z kimś jeszcze. Ba! musi czyjeś życie przyjąć jako część swojego. Niby proste i niby każdy z nich właśnie tego pragnie. Ale można tak rok, dwa, trzy. Ustępować, iść na kompromis... aż w końcu zaczyna się walczyć o swoje, o to z czego do tej pory rezygnował.
Po drugie... nawet jak na początku priorytety są wspólne to z biegiem lat okazuje się że dwoje ludzi mogą pragnąć czegoś innego. Mogą mieć inne zainteresowania, zajęcia, znajomych. Jednej osobie może to pasować ale drugiej nie.
Właśnie z takich powodów sypie się jedna z moich ulubionych par. Jedno ma inne oczekiwania w stosunku do swojej drugiej połowy niż ona sama. Najgorsze jest to że jedna osoba uwiązana jest do drugiej a druga czuje się niezależna. 
Jednak... nic na siłę. Rozmowa, rozmowa i jeszcze raz rozmowa. Ustalanie wspólnych wartości i wiele innych spraw które zbliżają i powodują że sens wspólnego życia wraca.
Nie twierdzę że u nas jest idealnie. Ale dogadujemy się. W najważniejszych dla nas momentach jesteśmy razem i rodzina jest dla nas najważniejsza. W życiu codziennym każdy ma swoje ulubione zajęcia i każdy realizuje się na swój sposób. Jedno drugiemu nie przeszkadza, ale pomaga.

eM


sobota, 8 listopada 2014

Załamanie

Nie wiem o co chodzi ale dziś się w pracy załamałam. Bezsilność i nie moc mnie dopadła. Mimo chęci nie jestem w stanie zrobić wszystkiego czego się ode mnie wymaga. Owszem mogę kłamać i ściemniać ale ja nie potrafię. Mogę robić sztuczne zdarzenia ale co mi to da? Będę ładnie w raportach wyglądać? Co z tego, jeśli mnie ktoś zapyta to i tak powiem prawdę. 
Nie nadaję się do tej pracy.
Dziś gdy nasłuchałam się tego wszystkiego, jak to powinno wyglądać, co powinnam zrobić załamałam się. Ubrałam kurtkę i wyszłam, nie powiem co się ze mną działo ale miłe to nie było. Musiałam się przewietrzyć i nabrać dystansu, nabrać sił i jakoś to w głowie ogarnąć. Przecież wiem co muszę zrobić, ale nie wiem jak. Jak to ogarnąć mając 8 godzin? Niestety nie dano mi wystarczająco dużo czasu.Zaraz zadzwonił telefon i musiałam pędem biec do biura. 

Zastanawiam się jaki sens ma ta praca? Jakie korzyści dla mnie? Pieniądze marne, stres ogromny, motywacji i satysfakcji też nie mam, wiec po co? Owszem są też powody dla których powinnam mieć pracę. Ale czy taką?
Niech ktoś mi w końcu powie, co będzie lepsze, zostać czy odejść? Jesli odejść to gdzie?
eM

Nie było dziś przy mnie anioła... 

czwartek, 6 listopada 2014

Narzekania

Jestem zmęczona. W pracy mi chyba nie idzie. W momencie kiedy wydaje mi się że jestem do przodu, że opanowałam wszystko okazuje się że wszystko robię źle. Jestem najgorsza, w raportach wypadam bardzo źle. Okazuje się że lepiej jest nic nie robić. A może nie, najlepiej jest ściemniać, kręcić i robić tak żeby dobrze wyglądało. Ja niestety tak nie umiem. Kłamstwo w moim przypadku ma krótkie nogi. Nie potrafię malować trawy na zielono, mówię jak jest, najczęściej skarżę się i narzekam. Nie potrafię walczyć o siebie ani pokazywać wszystkim że jednak jestem w czymś dobra.
Najgorsze jest to że w tej pracy każdy potrafi wytknąć ci błąd, pokazać go, podkreślić i przekazać dalej. Czasami w zakamuflowanej wiadomości dostaję informację o tym co powinnam zrobić żeby lepiej wypadać chociażby w raportach, ale zazwyczaj tej wiadomości nie mam siły już właściwie zinterpretować albo dotyczy sprawy z którą zwyczajnie nie dam rady sobie poradzić.

Jest jeszcze jedna sprawa... dlaczego każdy narzeka że przełożeni tylko wytykają błędy i niedociągnięcia a nigdy nie widzą co się dobrze zrobiło, a sami postępują tak samo?

Na dodatek przeczytałam dziecku opowiadanie o smutku i jest mi... strasznie smutno.
eM

wtorek, 4 listopada 2014

Nigdy nie będę bogata

Miał być kolejny paszkwil na pracę, na nasz nowy program "wspierający"  pracę i na kogoś jeszcze, ale ileż można? Ja zdaję sobie sprawę że nie pasuję do tej korporacji, nie umiem malować trawy na zielono i nigdy nie dopasuję się do formułek, raportów i sprawozdań skoro uważam je za DURNE i bezcelowe. Mogą mnie wywalić, mogą mnie opieprzać i mogą robić ze gmną co chcą. Ja zrobię to co mam do zrobienia i zrobię to najlepiej jak potrafię. A jak mnie coś wkurzy to wyjdę i nie wrócę. Tyle w tym temacie na dziś. 
W życiu są ważniejsze rzeczy niż dopasowywanie się do formatek, ram i wyobrażeń ludzi siedzących wysoko na stołkach, niemających pojęcia o pracy.

Dziś doszłam do wniosku że bogata to ja nigdy nie będę. Zarabiam tyle, że kosztu mojej pracy przewyższają wypłatę. Zarobki męża idą na rachunki. Zostaje nam niewiele. A ja co? Postanowiłam pomagać pewnej rodzinie, która ma jeszcze mniej. Za pomoc mi przy dzieciach płace kobiecie ciut więcej niż mi proponowano gdy szukałam pracę. Dziś zabrałam ją na zakupy. Co tydzień przeszukuję zawartość swoich szaf, szafek w poszukiwaniu czegoś co mi jest zbędne a im się przyda. Myślę o zabraniu dzieciaków do kina. Pewnie na jakąś pizzę też się wybierzemy. Nie wspomnę już o czasie, paliwie i wszystkim innym co dla nich robię.
Dlaczego to robię? Bo wychodzę z założenia że 
Po pierwsze... ja mam wszystko czego mi do szczęścia potrzeba. Moje dzieci głodne nie chodzą, mają w co się ubrać, mi tez niczego więcej nie trzeba poza tym co mam. 
Po drugie...łudzę się że jeśli kiedykolwiek znajdę się w trudnej sytuacji to  spotkam ludzi, którzy tez mi pomogą.
Po trzecie... taka już jestem. Kiedyś koleżanki nazywały mnie "Matką Teresą" zawsze zaczynałam od pomocy innym, później martwiłam się o siebie. 
Właśnie dlatego bogata nigdy nie będę. Wolę być niż mieć.
eM

poniedziałek, 3 listopada 2014

I co dalej?

Zastanawiam się co dalej?
Na dzień dzisiejszy mam prace do d..., chętnie bym z niej zrezygnowała ale jeszcze nie mam sprecyzowanego planu na życie, nie mam alternatywy. Wiem co chciałabym robić, ale nie mam ochoty sama prowadzić firmy, nie mam jeszcze wszystkiego poukładanego i wiem ze skończyło by się jak przedtem. 
Akumulatorki ładuję codziennie rano podczas długiego spaceru do pracy. Samochód odstawiłam, lepiej jest mi gdy mijam stare kamienice, ludzi. Dziś się uśmiechałam do wszystkich i o dziwo kilka osób uśmiechnęło się do mnie. 
Nie wiem co mam robić. Firmy nie mogę założyć bo skończyłoby się jak poprzednio. Stałabym się pilnowaczką własnych dzieci, kura domowa a to mi nie odpowiada. Musze być wśród ludzi, muszę z kimś współpracować. 
Mam na oku pewną dużą firmę ale nie potrafię prosić o koneksje, o załatwienie pracy, o słówko do prezesa, którego też w sumie znam ...
Zostałam poproszona o pomoc w realizacji pewnego projektu. Gdybym miała choć cień szansy na stałą współpracę skakałabym pod sufit. A tak zastanawiam się czy wchodzić w to, czy znowu poświęcić czas i energię dla sprawy, pod którą podpisze się ktoś inny.
Co robić? Pomysły w głowie pęcznieją, jest ich sporo ale decyzji nie potrafię tym razem podjąć. 
Co to znaczy? Starzeję się? Ja?? Niemożliwe :)
 eM

Urodzony przywódca

Nie doszło do rękoczynów ani do ostatecznych decyzji, ale owszem zebranie się odbyło. Byłam wyjątkowo milcząca... przynajmniej na początku.
Myślę że już każdy wie co tak naprawdę przeszkadza nam w pracy. Zostało to głośno powiedziane. W sumie nie tylko PeHacy są winni takiej sytuacji, winę zwala się również na nasze wsparcie.
Z mojej perspektywy nieudolny i źle skonstruowany system kontroli nad pracownikiem doprowadził do tego że zamiast pracować raportujemy o tym co byśmy zrobili gdybyśmy zamiast o tym pisać mogliśmy to robić. Cóż, je jestem na końcu tego łańcuszka więc nie mam już na kogo zwalić.
Ale... żeby nie było... nasz wspaniały przywódca, przełożony i wielki Menagier "A co ja mogę?" wymyślił plan naprawczy. Stworzył nam tablicę informacyjną na której mamy zapisywać co zrobiliśmy dnia poprzedniego. Podobno ma to wzbudzić ducha rywalizacji i dzięki tej rywalizacji mamy osiągnąć efekty. A w rezultacie pewnie znowu nasłucham się że znowu jestem przodownikiem pracy i nie trzymam frontu z pozostałymi.
To, że jestem do przodu w stosunku do kolegów wcale mnie nie cieszy. Gdybym miała robotę zrobioną to i owszem, byłby powód do dumy a chłopaki mieliby powód do zmartwień. A tak... jestem razem z nimi tym najgorszym elementem układanki.

Wracając do naszego przywódcy, dziś dobrze stwarzał pozory że słucha tego co mamy do powiedzenia. Ale przy pierwszym pytaniu czy wziął pod uwagę skargi naszych wspierających odpowiedź padła "NIE!" Żyć nie umierać, za takim liderem wszyscy rzucą się w ogień (albo jego wrzucą)

Aha... gdyby ktoś kiedyś odgadł kim jestem, gdzie pracuje i o kim tu piszę to... wali mnie to. Mam gdzieś taką pracę, i takich menagierów. Lubię moją pracę bo bawi mnie. Bawią mnie takie zachowania, polecenia, zadania. Bawią mnie sytuacje w które zostaję wplątana i bawi mnie plany naprawcze. Wszystkie swoje zadania staram się wypełniać najlepiej jak potrafię, sama chciałabym się przekonać czy da się fizycznie zrobić to co nam każą.
eM




piątek, 31 października 2014

Kariera czy historia

Dziś chyba zaczyna się kończyć moja kariera w korporacji :)
Dziś miałam kolejną wymianę poglądów z panem "a co ja mogę". Zdaję sobie sprawę że tak się nie powinien zachowywać pracownik w stosunku do przełożonego ale ja nie potrafię przytakiwać i brać na klatę wszystkich durnot które mi mówi.
Dziś próbował nam coś powiedzieć o naszej nowej aplikacji do śledzenia nas. Robił to tak nieudolnie że nikt z nas nie rozumiał o co mu chodzi (ja do tej pory nie rozumiem). Chciał chyba kazać nam coś z nią robić, a że nie ma o niej zielonego pojęcia stąd miał problem z wyartykułowaniem polecenia.
Ja po ostatnim szkoleniu antystresowym na wszystko reaguję śmiechem. To już było ponad siły Pana "a co ja mogę" więc stwierdził ze skoro i tak całymi dniami nic nie robimy... Ja jak to osoba porywcza wstałam i wyszłam bez słowa.
Szczerze mówiąc chciałam się spakować i wyjść ale że był koniec dnia nie opłacało mi się brać urlopu na żądanie, a gdybym złożyła jutro wypowiedzenie i tak musiałabym się tłumaczyć.
Co się odwlecze to nie uciecze... w poniedziałek mamy kolejne spotkanie i mamy mówić o tym co chciał nam dziś powiedzieć a nie potrafił :) ciekawe o czym.
Dla mnie prawdopodobnie to spotkanie się dobrze nie skończy bo albo on mnie wyrzuci albo ja sama wyjdę z tej instytucji i nigdy już nie wrócę.

eM

środa, 29 października 2014

Pokonać stres

Niedawno wróciłam ze szkolenia o technikach radzenia sobie ze stresem. Hmm jak dla mnie szkolenie było trochę za późno bo nauczyłam się już z nim radzić. Wypracowałam sobie własne metody, które są bardzo skuteczne. W zależności od rodzaju i nasilenia stresu są to:
- rozmowa z przyjacielem
- wyjście na papierosa (spacer, kilka głębokich oddechów, zmiana otoczenia i przemyślenie zadania "na zimno")
- zdrowa, konstruktywna wymiana zdań (kłótnia) z przełożonym :)
- rzucanie przedmiotami i głośne komentowanie tego co mnie zestresowało
Gdy stres jest bardzo duży i muszę go odreagować po pracy najlepiej sprawdza się ciężka fizyczna praca, np przy pieczeniu chleba lub robieniu bułek drożdżowych. Moim szczęściem jest to że jedyny stres jaki odczuwam związany jest z pracą. W domu odpoczywam i relaksuję się totalnie. Żałuję że takich spokojnych chwil w domu mam bardzo mało, za mało. Najmniej mam go dla siebie samej. 

Wracając do szkolenia... robiliśmy test psychologiczny na rodzaje odczuwanego stresu (czy jakoś tak). Pomijam fakt, że wszystkie wyniki mi wyszły na najwyższym poziomie (co wcale nie jest dobre). Pomijam fakt, że gdy instruktor spojrzał na wyniki stwierdził, że mi już nic nie pomoże. Jednym słowem jestem typem zadaniowca, który najlepiej sprawdza się w pracy pod presją. Im większe jest ciśnienie na jakieś zadanie,tym szybciej i lepiej je zrobię.  A rzucanie przedmiotami?  Tak , w teście wyszło że tak mam i tak powinno być :)
eM


czwartek, 23 października 2014

KMP

Serio... tak jest! KOCHAM MOJĄ PRACĘ. Jak to ostatnio powtarzam wszyscy pukają się w czoło. Mało tego... pytają co brałam lub piłam. Mówią, że może powinnam coś wziąć a na  pewno zacząć się leczyć.
Nic podobnego.
Jestem zdrowa na umyśle. Jak najbardziej. Stres panujący w korporacji, niemoc i nawał obowiązków jest już tak duży, że chyba przekroczył wszelkie normy. Więc jeśli walczyć się z tym nie da to może czas zaakceptować i polubić.
Gdzie ja znajdę więcej absurdów, decyzji oderwanych od rzeczywistości i  ludzi bujających w obłokach? Który z przełożonych jest w stanie kazać pracownikom realizować zadanie, które z założenia nie jest do zrealizowania?
Ale dziś muszę go pochwalić. Powiedział bardzo mądre słowa w odniesieniu do wytycznych kolejnych zadań:  A MOŻE DAŁOBY SIĘ JE INACZEJ ZINTERPRETOWAĆ?

No cóż, nie pozostaje mi nic innego jak przy najbliższej okazji zacytować  te mądre słowa.

Ach, zapomniałam wspomnieć o słowach jakie dziś usłyszałam na temat pracodawcy. Otóż jest on najlepszym pracodawcą, super i w ogóle bo... płaci i to regularnie! Nic tylko bić pokłony i się cieszyć.

eM


wtorek, 21 października 2014

Kwadratura koła

Dziś doznałam ciekawego doświadczenia. W sumie nie pierwszy raz i nie ostatni. W pracy było zebranie. Dostaliśmy zadanie, mieliśmy je przemyśleć i omówić. Tak więc omawialiśmy. A wnioski? Przełożony zgodził się że jest nierealne, nie da się go wykonać i kazał iść je robić.

My jako szaraczki i te małe robociki do wykonywania rozkazów poszliśmy przeklinając, wyzywając i rzucając przedmiotami o ściany. Oczywiście nie byłabym sobą gdybym nie wdała się wcześniej w dyskusję z przełożonym. Przyznaję, że i tak długo wytrzymałam bo odezwałam się na samym końcu. Po co? Nie wiem, bo każdy argument przełożony kwitował stwierdzeniem, że to należy do moich obowiązków. Ma rację, ale my też, tylko ze nas nikt nie słucha i zawsze może odwrócić kota ogonem.

Nic to, jutro kolejne starcie. zaproponowałam kompromis, ciekawa jestem czy pan "A Co Ja Mogę?" ruszy cztery litery w sprawie.

Oczywiście zebranie nie mogłoby się odbyć bez tematu "Wyglądacie jakbyście nie chcieli tu być", a efekt takiej gadki wygląda jak na tym obrazku.

Tyle w temacie mojej pracy. Chyba zacznę ją lubić bo tylu absurdów i głupot naraz nie sposób znaleźć w jednym miejscu.
eM

poniedziałek, 13 października 2014

Powrót do pracy

Powrót do pracy okazał się dość łagodny. W spokojnej atmosferze (pomyśleć że nie było dziś tylko 2 osób), bez stresu udało mi się dogonić a nawet wyprzedzić pozostałych w jednym zadaniu. Jutro biorę się za kolejne, może takim sposobem w końcu uda mi się od czasu do czasu coś dokończyć. Może jak coś zrobię do końca i nie będzie źle to może ktoś pochwali? 
Yyyyy zagalopowałam się. Po pierwsze nikt u nas w pracy nie chwali, po drugie nigdy nic nikt dobrze nie zrobił! 
Co najwyżej mogę usłyszeć "Coś Miłego".

eM





piątek, 10 października 2014

Pomysły na życie

Należę do osób które lubią mieć zaplanowane i poukładane życie. Poukładane we własnych kategoriach (inni uznają często to poukładanie za chaos).  Dlatego muszę mieć zawsze plan A, plan B i jeszcze plan awaryjny bo znajdowałam się już w życiu w różnych sytuacjach i to właśnie Życie nauczyło mnie, że bezradność i brak pomysłu na rozwiązanie problemu powoduje złe myśli, złe czyny i załamanie. Teraz w każdym swoim przedsięwzięciu, czynie, podróży, rozmowie doszukuję się rozwiązań, pomysłów i możliwości. 
Nawet ostatnia wyprawa do Dużego Miasta otworzyła mi kolejną furtkę. Mimo, iż nie udało mi się osiągnąć tego co zaplanowałam, znalazłam kolejny pomysł na życie. Wiem co chciałabym robić gdyby los postanowił po raz kolejny zmienić coś w moim życiu, przewrócić je do góry nogami, kazał zacząć znowu wszystko od początku. 
Tak więc pomysłów mam coraz więcej, potrzebuję tylko kogoś kto chciałby ze mną te pomysły wprowadzić w życie. Świat należy do odważnych ludzi. Dodatkowo pasja, energia, chęci, mogą sprawić że damy rade przenosić góry.
eM


poniedziałek, 6 października 2014

Z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu

Siedzę sobie z gorącą herbatą w ręku i myślę o tym co stało się w ostatni weekend. Była sobota, zaprosiłam na świąteczny obiad teściów, brata męża z rodziną i ich kuzyna. Kuzyn zawsze się spóźnia więc byłam na to przygotowana, poza tym wysłał smsa i uprzedził (przyszedł pierwszy). Pozostali... po godzinie spóźnienia sami wysłaliśmy smsa z pytaniem co się stało. Pół godziny później brat z rodziną przyszli, bratowa przepraszała, tłumaczyła się...
Teściowie spóźnili się 2 godz, obiad wystygł, nagrzałam, wystygł, nagrzałam, w międzyczasie się przypalił, mięso się wysuszyło, inne dania się rozgotowały czyli wszystko było do d.... Teściowie nie powiedzieli nic, przyszli jakby nigdy nic, opowiadali gdzie byli, co robili, kogo spotkali, u kogo na herbatce byli. W między czasie okazało się, że wiedzieli na którą mają do nas przyjść.
Zastanawiam się co ja mam teraz o tym myśleć. O tym, że teść nie pała do mnie miłością wiedziałam, ale taki brak szacunku zaskoczył mnie całkowicie. Jestem w głębokim szoku, ale jak to mąż powiedział "nie zniżajmy się do ich poziomu". Dodał "bądź ponad to", wiedział jak mnie to mocno poruszyło.
Teraz już postanowiłam dać sobie z nimi w końcu święty spokój. Nie jest mi to do niczego potrzebne.
Mam nadzieję że nie będzie jak mówisz... do następnego razu, bo obiecywałam to sobie nie raz i nie dwa.
eM




czwartek, 2 października 2014

Paszkwil o pracy

Miałam nie pisać nic o pracy, taki plan miałam żeby nie kupić losu. Ale po tym co dzisiaj się stało nie mogę wyjść z szoku i zdziwienia. Niby nic wielkiego ale dziwi mnie że takie coś w dzisiejszych czasach może mieć miejsce.
Mówią że "korporacja" w której pracuję działa na zasadach z minionej epoki i jak się nic nie zmieni to wkrótce zginie śmiercią naturalną. Mówią tak klienci, mówią pracownicy i mówi tak sam mój bezpośredni przełożony. 
Tak więc będąc na urlopie odebrałam służbowy telefon bo dzwonił klient nad którym mam skakać i o którego mam dbać bardziej niż o własne dzieci. OK, odebrałam, wysłuchałam, wieści mnie zaniepokoiły na tyle, że postanowiłam coś z tym zrobić. Pomyślałam, że skoro to jest tak ważny klient zadzwonię nie do kolegi który mnie zastępuje a do przełożonego. Skoro klient jest taki ważny zbyć go nie mogę a powinnam coś zrobić. 
Reakcja mojego przełożonego sprawiła że zwątpiłam i chyba podejmę jakieś radykalne kroki.
Najpierw ironicznie stwierdził, że on wszystko może (pozostawiłam to bez komentarza bo nie znam go na tyle aby przez telefon zgadywać w jakim jest nastroju).
Potem miał do mnie pretensję, że dopiero teraz do niego dzwonię, że o kłopotach klienta powinnam wiedzieć wcześniej. Że niby jak?? Że niby kiedy?? Klient zadzwonił 2 minuty wcześniej.
Podsumowując... jestem na urlopie... na kolegę, który mnie zastępuje liczyć nie mogę. Zadzwoniłam do przełożonego bo uznałam informację o kliencie za ważną i normalny człowiek pracujący w zespole zainteresowałby się tym co mówię, podciągnąłby temat czy powiedział cokolwiek. A ten mnie opieprzył! Ja tego nie rozumiem! Nie ważne jest co się dzieje z klientem, ważniejsze ze dopiero teraz do niego dzwonię!
Utwierdziło mnie to w przekonaniu, że muszę się jednak ewakuować z tego miejsca albo przestać się tak przejmować i angażować. Skoro tyle lat "korporacja" przetrwała z takimi ludźmi i takim podejściem to albo ja sie muszę tego nauczyć albo ... hmmm albo co?

eM

wtorek, 30 września 2014

Moja instrukcja obsługi

Niedawno odnalazłam fajny obrazek.


Dziś jadąc samochodem wspominałam. Wspominałam czasy studiów, zabawę, kolegów... zastanawiałam się co u mnich. Czy gdybym spotkała ich teraz przypadkiem czy bym ich poznała, czy oni by mnie poznali. Fajne to były czasy. Dzięki koleżankom odważyłam się na dużo więcej niż można było się po mnie spodziewać. Nigdy nie posunęłam się za daleko. Dobrze się bawiłam, miałam fajnych znajomych.
Tak myślę że chętnie bym ten obrazek pokazała jednemu czy drugiemu, ale to były stare czasy.

Szkoda że nie mogę opowiedzieć wszystkiego co wyprawiałam kiedyś. Buzia mi się uśmiecha na wspomnienie, fajnie było.
Dziś aż tak fajnie nie jest.
eM

poniedziałek, 29 września 2014

Czasami i ja potrzebuję pomocnej dłoni

Każdy człowiek czasami może mieć gorszy dzień. Ja taki miałam wczoraj. Nazbierało się zmartwień, problemów, zmęczenie (bezsenność nie daje za wygraną).
Dziś za to mój nastrój zmienił się całkowicie. Wczoraj miałam komu się wygadać, dziś też nie pozostałam bez wsparcia. Bo tak naprawdę liczą się chęci, drobne gesty (możne nawet nieświadome), które sprawiają, że czuję się lepiej. Nie zawsze mam siłę walczyć z całym światem, nie zawsze mam ochotę stawiać czoła problemom. Czasami i ja potrzebuję pomocnej dłoni, potrzebuję aby ktoś zrobił coś dla mnie (za minie), pomyślał o mnie, zapewnił o swojej pomocy nawet gdy sama mogę sobie poradzić. 
Po to są przyjaciele.

eM
   

niedziela, 28 września 2014

(NIE)Zwykła

Mam dość codzienności, zwyczajnych dni, pospolitych rzeczy. Brakuje mi wyzwań, zaangażowania. 
Zastanawiam się skąd się to bierze. Żyję z człowiekiem dla którego normalne, spokojne życie, zwykłe życie, gdzie każdy dzień wygląda tak samo jest w zasadzie spełnieniem wszelkich oczekiwań. On na nic więcej nie liczy, nic więcej nie oczekuje. Jest szczęśliwy gdy życie mija mu spokojnie bez zbędnych zmian i wysiłku.
Ja tak nie potrafię. Duszę się, nudzę, denerwuję. Potrzebuję wyzwań, zadań, potrzebuję celów.
OK, mam pewne plany, cele ale co mi po nich jak jestem uwiązana do domu, do rodziny. Nie mogę nic zrobić bo mimo że słyszę zapewnienia o wsparciu i pomocy to gdy już potrzebuję tego wsparcia (chociażby w zajęciu się rodziną) słyszę... "ale po co to będziesz robić?". 
Jakby tego było mało jestem człowiekiem stadnym. Lubię towarzystwo, lubię przebywać z ludźmi, współpracować, pomagać i szlag mnie trafia jak nie mogę zaprosić znajomych do domu "bo potem trzeba sprzątać". Nie mogę wyjść nigdzie bo dziećmi trzeba się zająć, bo i tak ciągle gdzieś jeżdżę i wychodzę (na treningi). 
Nie pamiętam kiedy ostatnio robiliśmy coś razem i nie dzieci są tu przeszkodą chociaż oboje tak to sobie tłumaczymy. Nie mamy wspólnych zainteresowań, nie mamy wspólnych planów czy chociażby wspólnych oczekiwań.
Nie wiem co mogę dalej z tym zrobić. Żyjemy razem a jakby osobno. Nie przeszkadzamy sobie ale wsparcia tu też niema. Jak długo da się tak funkcjonować? Oby długo bo skoro inaczej się nie da to jakoś trzeba.  

eM

wtorek, 23 września 2014

Przyjaciółki

Pamiętaj... jestem tu, jestem dla Ciebie i jestem w każdym innym miejscu gdzie tylko chcesz żebym była. Rozmowy o uczuciach są trudne ale do czasu. Wystarczy się przełamać, spróbować i zrobić to. Nie będę ci tu pisać jak to zrobić, jak ja to zrobiłam, bo to już pewnie wiesz. Mogę ci napisać że lekko nie jest ale to my jesteśmy kowalami swojego losu i tylko od nas zależy do czego i jak dojdziemy. 
Coś jeszcze ci powiem. Całe życie stawiałyśmy czoła różnym przeciwnościom losu. Od pewnego czasu zaczęły być one różnić się od siebie (moje od twoich), ale w pewnym sensie jesteśmy podobne do siebie. Obie jesteśmy twarde, ale obie tworzymy wobec siebie pancerz. Ja nie potrafię zaufać, ty mówić o uczuciach. Ja jak już komuś zaufam, otwieram się aż za bardzo. Ty zaczynasz mówić o uczuciach. 
Słuchaj. Siłę masz, siłę znajdziesz, bo jesteś z rodziny twardzieli. Masz to w genach. Musisz tylko to sobie uświadomić. Potrafisz zrobić wszystko, potrafisz osiągnąć wszystko. Jesteśmy niezniszczalne, ale czasami potrzebujemy zwinąć się w kulkę, przytulić do kogoś i popłakać. Stać się bezradnym kotkiem który potrzebuje pomocy, opieki i troski. Takie życie.

eM