Zastanawiam się skąd się to bierze. Żyję z człowiekiem dla którego normalne, spokojne życie, zwykłe życie, gdzie każdy dzień wygląda tak samo jest w zasadzie spełnieniem wszelkich oczekiwań. On na nic więcej nie liczy, nic więcej nie oczekuje. Jest szczęśliwy gdy życie mija mu spokojnie bez zbędnych zmian i wysiłku.
Ja tak nie potrafię. Duszę się, nudzę, denerwuję. Potrzebuję wyzwań, zadań, potrzebuję celów.
OK, mam pewne plany, cele ale co mi po nich jak jestem uwiązana do domu, do rodziny. Nie mogę nic zrobić bo mimo że słyszę zapewnienia o wsparciu i pomocy to gdy już potrzebuję tego wsparcia (chociażby w zajęciu się rodziną) słyszę... "ale po co to będziesz robić?".
Jakby tego było mało jestem człowiekiem stadnym. Lubię towarzystwo, lubię przebywać z ludźmi, współpracować, pomagać i szlag mnie trafia jak nie mogę zaprosić znajomych do domu "bo potem trzeba sprzątać". Nie mogę wyjść nigdzie bo dziećmi trzeba się zająć, bo i tak ciągle gdzieś jeżdżę i wychodzę (na treningi).
Nie pamiętam kiedy ostatnio robiliśmy coś razem i nie dzieci są tu przeszkodą chociaż oboje tak to sobie tłumaczymy. Nie mamy wspólnych zainteresowań, nie mamy wspólnych planów czy chociażby wspólnych oczekiwań.
Nie wiem co mogę dalej z tym zrobić. Żyjemy razem a jakby osobno. Nie przeszkadzamy sobie ale wsparcia tu też niema. Jak długo da się tak funkcjonować? Oby długo bo skoro inaczej się nie da to jakoś trzeba.
eM
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz