Mówią że "korporacja" w której pracuję działa na zasadach z minionej epoki i jak się nic nie zmieni to wkrótce zginie śmiercią naturalną. Mówią tak klienci, mówią pracownicy i mówi tak sam mój bezpośredni przełożony.
Tak więc będąc na urlopie odebrałam służbowy telefon bo dzwonił klient nad którym mam skakać i o którego mam dbać bardziej niż o własne dzieci. OK, odebrałam, wysłuchałam, wieści mnie zaniepokoiły na tyle, że postanowiłam coś z tym zrobić. Pomyślałam, że skoro to jest tak ważny klient zadzwonię nie do kolegi który mnie zastępuje a do przełożonego. Skoro klient jest taki ważny zbyć go nie mogę a powinnam coś zrobić.
Reakcja mojego przełożonego sprawiła że zwątpiłam i chyba podejmę jakieś radykalne kroki.
Najpierw ironicznie stwierdził, że on wszystko może (pozostawiłam to bez komentarza bo nie znam go na tyle aby przez telefon zgadywać w jakim jest nastroju).
Potem miał do mnie pretensję, że dopiero teraz do niego dzwonię, że o kłopotach klienta powinnam wiedzieć wcześniej. Że niby jak?? Że niby kiedy?? Klient zadzwonił 2 minuty wcześniej.
Podsumowując... jestem na urlopie... na kolegę, który mnie zastępuje liczyć nie mogę. Zadzwoniłam do przełożonego bo uznałam informację o kliencie za ważną i normalny człowiek pracujący w zespole zainteresowałby się tym co mówię, podciągnąłby temat czy powiedział cokolwiek. A ten mnie opieprzył! Ja tego nie rozumiem! Nie ważne jest co się dzieje z klientem, ważniejsze ze dopiero teraz do niego dzwonię!
Utwierdziło mnie to w przekonaniu, że muszę się jednak ewakuować z tego miejsca albo przestać się tak przejmować i angażować. Skoro tyle lat "korporacja" przetrwała z takimi ludźmi i takim podejściem to albo ja sie muszę tego nauczyć albo ... hmmm albo co?
eM
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz