Postanowienia noworoczne? Tak, mam jedno. Postanawiam że już nic nie będę postanawiać!
Właśnie kończy się 2014 rok, za godzinkę zacznie się kolejny a ja dochodzę do wniosku że jestem szczęściarą. Tym razem moje szczęście polega na tym że zamiast rozpamiętywać ja patrzę w przyszłość. Myślę o nowym, przyszłym... o tym co się wydarzy, co mnie czeka i co mam osiągnąć. Jedyne co rozpamiętuję to moja mała obsesja. Rozpamiętuję i śmieję się sama do siebie bo dziś miałam dobry dzień. Bo dziś było jak dawniej. Kupa śmiechu i dobra zabawa.
A teraz w tą magiczną noc kiedy stare się kończy a zaczyna nowe biorę kieliszek z szampanem w rękę i próbuję wyobrazić sobie dokąd to wszystko zmierza. Ja prawdopodobnie zaraz podążę do łóżka ale zanim to nastąpi chcę życzyć wszystkim mrukom więcej optymizmu, wyrozumiałości i spontaniczności. Życie nie polega na ustawianiu wszystkiego wg wytycznych a na dobrej zabawie i szaleństwie na spełnianiu marzeń i byciu szczęśliwym.
środa, 31 grudnia 2014
wtorek, 30 grudnia 2014
Psuję się
Nie wiem co się dzieje ze mną, chyba się psuję. Cera matowa, pryszczata, waga osiągnęła już górny pułap, badań wolę nie robić bo wiem co mi tam wyjdzie. Stres mnie wykańcza. Próby wzięcia na luz powodują chandrę, brak energii do działania. Potrzebuję wyzwań, potrzebuję czuć się piękna, pożądana i zachwycająca. Mam już plan i mam nadzieję że tym razem dam radę osiągnąć swój cel.
Wiąże to się też z moim poprzednim postem. Chyba zacznę nazywać sprawy po imieniu. Obsesja. Tak, to jest już chyba moja obsesja. Dopóki nie osiągnę celu będę walczyć, dążyć i zdobywać. Bo ja wole gonić króliczka (lub innego zwierza :) ) niż złapać króliczka.
A teraz serio... kończy się rok a ja nie będę robiła podsumowań. Cieszę się tylko ze ten 2014 rok był o niebo lepszy od 2013. Tylu nieszczęść, których byłam światkiem, które spotkały bliskie mi osoby dawno nie widziałam. Moje własne, prywatne nieszczęścia wydają mi się już malutkie. Jak dobrze pójdzie to w 2015 roku osiągnąć sukces. Jak toksyczny współpracownik mnie nie zarazi swoim narzekaniem to może mi się uda.
Na koniec moja obsesja... widziałam ją, przyglądałam się a ona przyglądała się mi. Patrzenie jest teraz jedyną opcją.
Wiąże to się też z moim poprzednim postem. Chyba zacznę nazywać sprawy po imieniu. Obsesja. Tak, to jest już chyba moja obsesja. Dopóki nie osiągnę celu będę walczyć, dążyć i zdobywać. Bo ja wole gonić króliczka (lub innego zwierza :) ) niż złapać króliczka.
A teraz serio... kończy się rok a ja nie będę robiła podsumowań. Cieszę się tylko ze ten 2014 rok był o niebo lepszy od 2013. Tylu nieszczęść, których byłam światkiem, które spotkały bliskie mi osoby dawno nie widziałam. Moje własne, prywatne nieszczęścia wydają mi się już malutkie. Jak dobrze pójdzie to w 2015 roku osiągnąć sukces. Jak toksyczny współpracownik mnie nie zarazi swoim narzekaniem to może mi się uda.
Na koniec moja obsesja... widziałam ją, przyglądałam się a ona przyglądała się mi. Patrzenie jest teraz jedyną opcją.
poniedziałek, 29 grudnia 2014
Nosi mnie
Zawsze ale to zawsze miałam ręce pełne roboty. Kilka etatów, głównie pomagałam innym, jakiś organizacje lub prace społeczne. Teraz przy dzieciach nie mam aż tyle czasu i wiem że nie mogę się angażować na stałe bo coś mi może zawsze nagle wyskoczyć i muszę wszystko rzucić.
Z tego własnie powodu zawiesiłam swoje wszystkie zadania. Za to na horyzoncie pojawiło mi się pewne wyzwanie. Chciałabym to zdobyć, osiągnąć ale wiem że nie będzie to łatwe i pożytku nie przyniesie :) taki zakazany owoc!
Nie wiem jak się za to zabrać, od której strony. Znane są sposoby na zagłaskanie kotka, ale tego chciałabym uniknąć. Metoda unikania może być skuteczna ale w doprowadzeniu do uniknięcia zdobycia tego co chcę. Więc co mam zrobić?
Warunki czyli otoczenie mi również nie sprzyja, płoszy moją zdobycz. Muszę więc chyba zacząć z innej strony. Bo jak nie drzwiami to oknem.
Z tego własnie powodu zawiesiłam swoje wszystkie zadania. Za to na horyzoncie pojawiło mi się pewne wyzwanie. Chciałabym to zdobyć, osiągnąć ale wiem że nie będzie to łatwe i pożytku nie przyniesie :) taki zakazany owoc!
Nie wiem jak się za to zabrać, od której strony. Znane są sposoby na zagłaskanie kotka, ale tego chciałabym uniknąć. Metoda unikania może być skuteczna ale w doprowadzeniu do uniknięcia zdobycia tego co chcę. Więc co mam zrobić?
Warunki czyli otoczenie mi również nie sprzyja, płoszy moją zdobycz. Muszę więc chyba zacząć z innej strony. Bo jak nie drzwiami to oknem.
niedziela, 28 grudnia 2014
Urlop od codzienności
Czy można wziąć urlop od codziennych obowiązków, od dzieci, męża, zobowiązań, codziennych czynności, rutyny? Tam mi tego potrzeba...
Mam już dosyć...
Chciałabym zmienić otoczenie, pobyć z ludźmi, których jeszcze nie udało mi się do końca poznać, których lubię, których mi teraz brakuje. Wyluzować się, tak , chciałbym się wyluzować. Pojechałabym gdziekolwiek z przyjaciółmi, bez zobowiązań, bez problemów. Zabawiłabym się, zresetowała, naładowała akumulatorki, zapomniała o wszystkim.
Jutro po kilku dniach przerwy wracam do pracy. Denerwuję się bo czeka mnie dużo pracy, stres. Wolałabym pogadać, pośmiać się i wrzucić na luz. Pojutrze jest spotkanie "wigilijna", nie chcę tam iść, nie chcę się sztucznie szczerzyć, uśmiechać i potakiwać jak jest fajnie. Męczy mnie sama myśl o tym. Wolałabym pójść z kilkoma osobami na piwo, soczek czy cokolwiek. A najbardziej chciałabym... nie powiem co bym chciała i z kim, bo zawsze twierdziłam ze chcieć to móc a teraz wydaje i się bardziej że krowa która dużo ryczy mało mleka daje.
Mam już dosyć...
Chciałabym zmienić otoczenie, pobyć z ludźmi, których jeszcze nie udało mi się do końca poznać, których lubię, których mi teraz brakuje. Wyluzować się, tak , chciałbym się wyluzować. Pojechałabym gdziekolwiek z przyjaciółmi, bez zobowiązań, bez problemów. Zabawiłabym się, zresetowała, naładowała akumulatorki, zapomniała o wszystkim.
Jutro po kilku dniach przerwy wracam do pracy. Denerwuję się bo czeka mnie dużo pracy, stres. Wolałabym pogadać, pośmiać się i wrzucić na luz. Pojutrze jest spotkanie "wigilijna", nie chcę tam iść, nie chcę się sztucznie szczerzyć, uśmiechać i potakiwać jak jest fajnie. Męczy mnie sama myśl o tym. Wolałabym pójść z kilkoma osobami na piwo, soczek czy cokolwiek. A najbardziej chciałabym... nie powiem co bym chciała i z kim, bo zawsze twierdziłam ze chcieć to móc a teraz wydaje i się bardziej że krowa która dużo ryczy mało mleka daje.
poniedziałek, 22 grudnia 2014
Dobry duch czy szczęście w nieszczęściu
Czasami mam wrażenie że to co chciałabym żeby się wydarzyło poprostu się dzieje, a może zawsze opowiadam o tym właściwej osobie... Nie wiem sama, pewnie nigdy się nie dowiem. Ale będę się trzymała tej drugiej wersji bo zwyczajnie jest to miłe.
Zdarzyło ci się kiedyś opowiedzieć o czymś a potem wszystko dzieje się po twojej myśli? Wiesz że ta osoba mogła maczać w tym palce ale nie masz takiej pewności? Proste pytanie zadane tej osobie może nie przynieść odpowiedzi, może tej odpowiedzi nie chcę znać albo może ta osoba nie będzie się chciała przyznać. Tak czy inaczej jest to cholernie miłe, budujące i dające wiarę w ludzi.
Sama chciałabym się odwdzięczyć tym samym, ale jestem czasami jak przysłowiowy słoń w składzie porcelany, jestem zbyt bezpośrednia i źle na tym wychodzę. Nie potrafię przemilczeć, nie potrafię być dyskretna a raczej jestem nieśmiała i bojaźliwa a tylko w najmniej odpowiednich momentach walę prosto z mostu.
Ale ja chciałam nie o tym :) (jak zwykle zresztą)
Dziś jest dzień dobrych wiadomości z ale...
Po pierwsze - przedłużyli mi umowę... ale nie dali podwyżki... ale na krótko...
Po drugie - dziecię moje miało dziś egzamin, zdało rewelacyjnie... ale że jest to egzamin sportowy będzie mnie to drogo kosztowało.
Tak więc moja radość jest niepewna. Nie wiem czy mam się cieszyć czy martwić.
Nic to, cieszyć się będę z tego że mam przyjaciół, którzy są dla mnie bardzo wyrozumiali :)
Zdarzyło ci się kiedyś opowiedzieć o czymś a potem wszystko dzieje się po twojej myśli? Wiesz że ta osoba mogła maczać w tym palce ale nie masz takiej pewności? Proste pytanie zadane tej osobie może nie przynieść odpowiedzi, może tej odpowiedzi nie chcę znać albo może ta osoba nie będzie się chciała przyznać. Tak czy inaczej jest to cholernie miłe, budujące i dające wiarę w ludzi.
Sama chciałabym się odwdzięczyć tym samym, ale jestem czasami jak przysłowiowy słoń w składzie porcelany, jestem zbyt bezpośrednia i źle na tym wychodzę. Nie potrafię przemilczeć, nie potrafię być dyskretna a raczej jestem nieśmiała i bojaźliwa a tylko w najmniej odpowiednich momentach walę prosto z mostu.
Ale ja chciałam nie o tym :) (jak zwykle zresztą)
Dziś jest dzień dobrych wiadomości z ale...
Po pierwsze - przedłużyli mi umowę... ale nie dali podwyżki... ale na krótko...
Po drugie - dziecię moje miało dziś egzamin, zdało rewelacyjnie... ale że jest to egzamin sportowy będzie mnie to drogo kosztowało.
Tak więc moja radość jest niepewna. Nie wiem czy mam się cieszyć czy martwić.
Nic to, cieszyć się będę z tego że mam przyjaciół, którzy są dla mnie bardzo wyrozumiali :)
piątek, 12 grudnia 2014
O naiwności
Moja naiwność nie zna granic. Czasami łapię się na tym ze ufam ludziom. Jak ktoś mi coś mówi patrząc w oczy to zakładam iż mówi prawdę. Jeśli o coś prosi to robi to dlatego że czegoś potrzebuje. Jeśli ktoś ... ech szkoda gadać. Mam jakiegoś doła.
Jeśli z kimś rozmawiam to zawsze mówię szczerze, mówię jak jest. Nie potrafię upiększać, koloryzować czy wygładzać. Jak mam coś wyjaśnić to to robię.
Swoim szczęściem dzielę się ze światem, a to już chyba mój największy błąd...
Już beczę....
Wszystko idzie nie tak, ostatni często kłócę się z mężem. Nie możemy dość do porozumienia. Każde z nas ma inne oczekiwania od drugiej osoby. A może poprostu oboje jesteśmy przemęczeni.
Marzy mi się chwila samotności, ciszy i spokoju. Muszę gdzieś naładować bateryjki ale wiem że w tym roku to mi się nie uda.
Za dużo zajęć za dużo obowiązków na siebie biorę. Chcę żeby wszystko wyszło idealnie a wychodzi jak zwykle. Poza tym sytuacja w pracy nie ułatwia mi sprawy.Siedzę jak na bombie zegarowej. Ciągle wytykają mi błędy. Mam wrażenie że niczego dobrze nie robię.
Jak nic idzie się załamać.
Jeśli z kimś rozmawiam to zawsze mówię szczerze, mówię jak jest. Nie potrafię upiększać, koloryzować czy wygładzać. Jak mam coś wyjaśnić to to robię.
Swoim szczęściem dzielę się ze światem, a to już chyba mój największy błąd...
Już beczę....
Wszystko idzie nie tak, ostatni często kłócę się z mężem. Nie możemy dość do porozumienia. Każde z nas ma inne oczekiwania od drugiej osoby. A może poprostu oboje jesteśmy przemęczeni.
Marzy mi się chwila samotności, ciszy i spokoju. Muszę gdzieś naładować bateryjki ale wiem że w tym roku to mi się nie uda.
Za dużo zajęć za dużo obowiązków na siebie biorę. Chcę żeby wszystko wyszło idealnie a wychodzi jak zwykle. Poza tym sytuacja w pracy nie ułatwia mi sprawy.Siedzę jak na bombie zegarowej. Ciągle wytykają mi błędy. Mam wrażenie że niczego dobrze nie robię.
Jak nic idzie się załamać.
poniedziałek, 8 grudnia 2014
Jak kłócić się z mężem
Dziś po raz pierwszy od niepamiętnych czasów pokłóciłam się z mężem. Zdarzają nam się drobne sprzeczki, które tak szybko się kończą jak zaczynają. Najczęściej ja jestem ich zapalnikiem a mąż nie przywiązuje do nich zbytniej uwagi.
Tym razem było inaczej. Tym razem problem okazał się niemały bo mówiąc krótko nie mieliśmy z kom zostawić chorego dziecka. Ja zostać w domu nie mogę bo muszę iść do pracy. On zostać w domu nie może bo musi iść do pracy. Dodatkowym moim problemem jest kończąca się umowa o pracę.
Ja nie mogę wziąć wolnego bo:
- kończy mi się umowa i jednak powinnam być w pracy, wykonywać swoje zadania a nie zostawić wszystko dla zastępcy który i tak moje rzeczy zawali.
- mamy do wykonania zadania na już, czyli trzeba to zrobić nieważne czy jesteś w pracy czy cię nie ma
- mam rozgrzebane rzeczy których zawalenie grozi poważnymi konsekwencjami.
- to czego nie zrobię w pracy i tak będę musiała zrobić
On nie może wziąć wolnego bo:
- on zawsze bierze i zostaje z chorym dzieckiem
- czasami coś musi w pracy zrobić w czym jest niezastąpiony.
Nie umniejszam powagi jego pracy ale taka jest prawda, sam to potwierdził. Więc ręce mi opadają jak kłóci się ze mną o to kto ma zostać z dzieckiem.
Ok, zgodziła się że od stycznia to ja będę chodzić do lekarza, zostawać będę w domu i zajmę się wszystkimi domowymi obowiązkami. Jak to zrobię? Zwyczajnie nie przedłużę umowy, zrezygnuję z pracy, poddam się, odpuszczę....
Na to jednak mój wspaniałomyślny mąż się nie zgadza, zgodził się na zostawanie z dzieckiem, na urlopy i zwolnienia w nagłych przypadkach. Mam nadzieję że o tym nie zapomni przy kolejnym przeziębieniu.
Tym razem było inaczej. Tym razem problem okazał się niemały bo mówiąc krótko nie mieliśmy z kom zostawić chorego dziecka. Ja zostać w domu nie mogę bo muszę iść do pracy. On zostać w domu nie może bo musi iść do pracy. Dodatkowym moim problemem jest kończąca się umowa o pracę.
Ja nie mogę wziąć wolnego bo:
- kończy mi się umowa i jednak powinnam być w pracy, wykonywać swoje zadania a nie zostawić wszystko dla zastępcy który i tak moje rzeczy zawali.
- mamy do wykonania zadania na już, czyli trzeba to zrobić nieważne czy jesteś w pracy czy cię nie ma
- mam rozgrzebane rzeczy których zawalenie grozi poważnymi konsekwencjami.
- to czego nie zrobię w pracy i tak będę musiała zrobić
On nie może wziąć wolnego bo:
- on zawsze bierze i zostaje z chorym dzieckiem
- czasami coś musi w pracy zrobić w czym jest niezastąpiony.
Nie umniejszam powagi jego pracy ale taka jest prawda, sam to potwierdził. Więc ręce mi opadają jak kłóci się ze mną o to kto ma zostać z dzieckiem.
Ok, zgodziła się że od stycznia to ja będę chodzić do lekarza, zostawać będę w domu i zajmę się wszystkimi domowymi obowiązkami. Jak to zrobię? Zwyczajnie nie przedłużę umowy, zrezygnuję z pracy, poddam się, odpuszczę....
Na to jednak mój wspaniałomyślny mąż się nie zgadza, zgodził się na zostawanie z dzieckiem, na urlopy i zwolnienia w nagłych przypadkach. Mam nadzieję że o tym nie zapomni przy kolejnym przeziębieniu.
sobota, 6 grudnia 2014
Dorosłe dzieci
Nazbierało się tematów oj nazbierało. Sama nie wiem o czym dziś napisać. Zacznę więc może od ostatniej sprawy, która ciągle jest na tapecie. Chodzi o znajomych, małżeństwo z dzieciakami, którym przestało się układać. Wspominałam o nich jakiś czas temu.
Najpierw poznałam jego wersję. Ona jest leniwa, całe dnie spędza przed komputerem robiąc zakupy i śledząc FB. Nie ma pracy, nie szuka (jego zdaniem). Ciągle narzeka i wydaje pieniądze. Siedząc całymi dniami w domu powinna się wszystkim zajmować. On pracuje, jest zmęczony a po powrocie do domu chce odpocząć. Obiad powinien na niego czekać a ona powinna dopilnować żeby dzieciaki nie właziły mu na głowę.
Dziś poznałam jej wersję, dodałam do tego własną opinię na jego temat. On nie zajmuje się niczym w domu. Na nią spadają wszystkie obowiązki domowe i dzieci. On nią manipuluje bo jest słaba psychicznie i zawsze ustępuje.
Moje zdanie na jego temat zawsze było takie same (czasami tylko wyrażałam je łagodniej): powinien się cieszyć że ma taką żonę, która dba o wszystko i pomaga mu jak tylko może. Jest rozpieszczonym dupkiem, który zachowuje się jak dzieciak. Nie ma pojęcia co to rodzina. Ja bym już dawno mu wystawiła walizki za próg bo żonę traktuje jak służącą, bezwartościową pomoc domową, która ma wszystko wokół niego zrobić.
Z drugiej strony ona powinna mieć w nim wsparcie i w końcu wziąć się za siebie. Znaleźć na złość mu pracę, zostawiać z nim dzieciaki i pokazać że ma też swoje zdanie.
W sumie doszłam dziś do wniosku że nie wiem jak im pomóc. Oboje są dzieciakami którzy myślą tylko o własnych przyjemnościach, on nie ma poczucia obowiązku ona zaś nie ma kręgosłupa.
Ona zapytała mnie co by się stało gdyby zabrała dzieciaki i wyprowadziłaby. Nic by się nie stało! Nic by to nie zmieniło! On miałby spokój, ona dalej zajmowałaby się dziećmi. On nie poczułby się w obowiązku aby walczyć o związek, ona sama sama tez nic nie zrobi bo nie ma przebicia. Dla niego byłoby to na rękę bo nikt nie trułby mu nad głową. ona dalej siedziałaby w domu z dzieciakami i na FB. Tyle!
Swoją droga dało mi to też do myślenia. Doszłam do wniosku że mam szczęście. My z mężem mamy skrajnie różne charaktery, ale każde z nas uzupełnia tą drugą osobę. Jesteśmy oboje szczęściarzami. O tym ile zawdzięczam mężowi i co on dzięki temu zyskuje opowiem następnym razem.
Najpierw poznałam jego wersję. Ona jest leniwa, całe dnie spędza przed komputerem robiąc zakupy i śledząc FB. Nie ma pracy, nie szuka (jego zdaniem). Ciągle narzeka i wydaje pieniądze. Siedząc całymi dniami w domu powinna się wszystkim zajmować. On pracuje, jest zmęczony a po powrocie do domu chce odpocząć. Obiad powinien na niego czekać a ona powinna dopilnować żeby dzieciaki nie właziły mu na głowę.
Dziś poznałam jej wersję, dodałam do tego własną opinię na jego temat. On nie zajmuje się niczym w domu. Na nią spadają wszystkie obowiązki domowe i dzieci. On nią manipuluje bo jest słaba psychicznie i zawsze ustępuje.
Moje zdanie na jego temat zawsze było takie same (czasami tylko wyrażałam je łagodniej): powinien się cieszyć że ma taką żonę, która dba o wszystko i pomaga mu jak tylko może. Jest rozpieszczonym dupkiem, który zachowuje się jak dzieciak. Nie ma pojęcia co to rodzina. Ja bym już dawno mu wystawiła walizki za próg bo żonę traktuje jak służącą, bezwartościową pomoc domową, która ma wszystko wokół niego zrobić.
Z drugiej strony ona powinna mieć w nim wsparcie i w końcu wziąć się za siebie. Znaleźć na złość mu pracę, zostawiać z nim dzieciaki i pokazać że ma też swoje zdanie.
W sumie doszłam dziś do wniosku że nie wiem jak im pomóc. Oboje są dzieciakami którzy myślą tylko o własnych przyjemnościach, on nie ma poczucia obowiązku ona zaś nie ma kręgosłupa.
Ona zapytała mnie co by się stało gdyby zabrała dzieciaki i wyprowadziłaby. Nic by się nie stało! Nic by to nie zmieniło! On miałby spokój, ona dalej zajmowałaby się dziećmi. On nie poczułby się w obowiązku aby walczyć o związek, ona sama sama tez nic nie zrobi bo nie ma przebicia. Dla niego byłoby to na rękę bo nikt nie trułby mu nad głową. ona dalej siedziałaby w domu z dzieciakami i na FB. Tyle!
Swoją droga dało mi to też do myślenia. Doszłam do wniosku że mam szczęście. My z mężem mamy skrajnie różne charaktery, ale każde z nas uzupełnia tą drugą osobę. Jesteśmy oboje szczęściarzami. O tym ile zawdzięczam mężowi i co on dzięki temu zyskuje opowiem następnym razem.
piątek, 5 grudnia 2014
Weekendowy relaks
Właśnie rozpoczęłam mój weekend.
Nie pamiętam kiedy ostatnio sama byłam w domu. Teraz wsłuchuję się w ciszę, próbuję przypomnieć sobie jak ona brzmi. Czuję jak stres po całym tygodniu odpływa ze mnie.
Lampka wina i dobra książka. Nic mi więcej do szczęścia w tej chwili nie trzeba.
Nie pamiętam kiedy ostatnio sama byłam w domu. Teraz wsłuchuję się w ciszę, próbuję przypomnieć sobie jak ona brzmi. Czuję jak stres po całym tygodniu odpływa ze mnie.
Lampka wina i dobra książka. Nic mi więcej do szczęścia w tej chwili nie trzeba.
środa, 3 grudnia 2014
Pozory mylą
Wiele osób poznając mnie ma wrażenie że jestem osobą o silnym charakterze, którą nie jest łatwo złamać. Niestety te osoby nie wiedzą ile mnie czasami to kosztuje....
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)




.jpg)





